DLA ŁUKASZA BALONA WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ OD PÓŁKI ZROBIONEJ W GARAŻU. DZIŚ JEGO STOŁY POD MARKĄ ARTE VENTI TRAFIAJĄ DO DOMÓW W CAŁEJ POLSCE, ZACHWYCAJĄC NATURALNOŚCIĄ, CHARAKTEREM I RĘCZNYM WYKOŃCZENIEM.
NAM OPOWIADA ODREWNIE Z DUSZĄ, O TYM, JAK Z ROZMOWY Z KLIENTEM RODZI SIĘ PROJEKT – I DLACZEGO STÓŁ TO COŚ WIĘCEJ NIŻ PROSTY MEBEL. TO MIEJSCE, GDZIE TOCZY SIĘ ŻYCIE.
BWL: Nazwa „Arte Venti” coraz częściej kojarzy się z solidnym, rzemieślniczym stołem. Czy to pasja, która narodziła się u Pana, czy raczej historia, która trwa w rodzinie od pokoleń?
Ł.B.: To zdecydowanie pasja, która mnie dopadła — i już nie puściła. W mojej rodzinie nikt nie dłubał w drewnie zawodowo, ale ja od zawsze lubiłem coś tworzyć rękami. Zaczęło się od prostych rzeczy — półka, stolik, ławka w garażu. Potem przyszedł moment, gdy znajomi zaczęli pytać: „Ej, zrobisz mi też taki?”. No i poszło. Dziś to już nie tylko pasja, ale sposób na życie. Choć przyznam — jak czuję zapach świeżo przetartego dębu, to mam ten sam błysk w oku co kiedyś.
BWL: Stoły Arte Venti mają w sobie coś wyjątkowego — łączą surowość drewna z dopracowanym detalem. Jak wygląda proces projektowania i dobierania materiałów?
Ł.B.: To trochę jak gotowanie. Najpierw trzeba mieć dobry składnik — czyli drewno z charakterem. Potem odpowiedni pomysł, przyprawiony rozmową z klientem. Czasem zaczynamy od szkicu na serwetce, innym razem od zdjęcia stołu, który ktoś zobaczył w internecie. Dobieram deski tak, by miały coś do powiedzenia — słoje, pęknięcia, kolory. Nie lubię „idealnych” blatów, bo drewno ma żyć. A detale? To moja ulubiona część. Tu się decyduje, czy stół będzie elegancki, surowy, industrialny, czy może lekko szalony.
BWL: Z czego klienci najczęściej zamawiają stoły? Czy są drewna, po które sięga Pan częściej, bo „pracują” najlepiej?
Ł.B.: Królem jest dąb — twardy, ciężki i wieczny. Ma swój charakter, a jednocześnie pasuje praktycznie do każdego wnętrza. Coraz częściej sięgamy też po jesion i orzech, bo mają piękne usłojenie i „ciepły” wygląd. Ale zdarzają się też nietypowe zamówienia: forniry egzotyczne ( palisander, teak ) czy też stare belki z rozbiórek. To prawdziwe perełki — każde z nich ma historię, którą można „czytać” na blacie.
BWL: Ile trwa wykonanie stołu na zamówienie, tj. od momentu, gdy klient zgłasza pomysł, do chwili, gdy mebel stoi już w jego domu?
Ł.B.: Średnio od czterech do ośmiu tygodni. Zależy od projektu i tego, czy klient nie zmienia zdania w połowie drogi (śmiech). Ale nie śpieszymy się — każdy stół to indywidualna produkcja, często z detalami, które wymagają cierpliwości. Zdarza się, że klient sam wybiera jakie chce mieć usłojenie, jaki wzór, więc to trochę jak tworzenie wspólnego dzieła. A gdy potem dzwoni, że stół „pasuje jak ulał” — to najlepsza zapłata.
BWL: Na ile klienci mają wpływ na końcowy efekt? Czy często przychodzą z własnym projektem, czy raczej dają się poprowadzić i zaufać Pana doświadczeniu?
Ł.B.: Różnie bywa. Niektórzy mają dokładny plan, rysunek, a nawet wymarzony odcień pasujący do podłogi – w sumie to bardzo często dobieramy kolor pod czyjąś podłogę czy wystrój. Inni mówią tylko: „Chcę duży stół, żeby zmieściła się rodzina i pizza” ( śmiech ). I wtedy to ja przejmuję stery. Ale zawsze staram się, by klient czuł, że to jego stół. Czasem wystarczy jedna rozmowa, by wyczuć styl i charakter człowieka. To trochę jak szycie garnituru na miarę — ja robię konstrukcję, a on wnosi osobowość.
BWL: Każdy stół to centrum domowego życia: rodzinne spotkania, rozmowy, codzienność. Czy tworząc meble, myśli Pan o emocjach, które będą się wokół nich działy?
Ł.B.: Zawsze. Dla mnie stół to nie mebel, tylko scena. Tam dzieją się wszystkie małe i duże historie: śniadania w pośpiechu, święta, kłótnie o pilot, pierwsze rysunki dziecka. Czasem wyobrażam sobie, że ten stół będzie z kimś przez 20 lat — zobaczy więcej niż niejeden sąsiad! (śmiech) Dlatego robię je tak, by przetrwały i dobrze „grały” w tych codziennych scenach. Bo jak stół jest solidny i z duszą, to nawet zimna kawa smakuje lepiej.



